Adaptacje – gatunek umierający.

Coraz rzadziej powstają natomiast adaptacje telewizyjne literackich arcydzieł, może dlatego, że serial stał się obecnie tasiemcową bezkresną noowelą, a nawet naj dłuższa powieść ma swoje zakończenie, zależne tylko od woli autora, a nie ranking ów oglądalności. Dotarła jednak do nas nowa wersja Wojny i pokoju, na płytach DVD rozpowszechniana jest kolejna adaptacja Sagi rodu Forrsyte’ów. Telewizja publiczna pokazała całkiem niedawno świetną rosyjską ekranizację Mistrza i Małgorzaty w dziesięciu odcinkach. Do arcydzieła Bułłhakowa filmowcy – na czele z Andrzejem Wajdą – przymierzali się już nie raz. Serial w reżyserii Władimira Bortki oglądałem z zapartym tchem – najpierw jeszcze w oryginale, na płytach przywiezionych z Moskwy, a ostatnio już w naszej telewizji, gdzie pokazywano to znakomite dzieło zwykle o drugiej w nocy. Moskwa z lat trzydziestych wydaje się tu niesamowita, choć przerażająca. Małgorzata jest piękna, Mistrz bardzo wytworny, Woland zdumiewający, Behemot jak zwykle kontrowersyjny. Akcja toczy się wartko, a przecież nie tracimy walorów literackiego pierwowzoru. Kto obejrzał wszystkie odcinki, sięgnie na pewno do książki jeszcze raz, przy okazji może poznając kolejną wersję pozbawioną ingerencji cenzury.
W przeszłości zastanawiano się zawsze, czy adaptacja filmowa stanowić może zachętę do lektury. A gdyby tak odwrócić to pytanie?
Witkacy do pociągu
Jak z tego widać, obiecujące przedsięwzięcie dotyczy wyłącznie polskiej literatury współczesnej i rodzimej kinematografii. Nie będzie tu więc zapewne Zemsty ani Krzyżaków. Seria pomyślana jest skromnie, czytelnikom przyzwyczajonym do luksusu zabraknie, więc może filmowych fotosów. Książki są za to tanie i eleganckie, druk przyjemny dla oka, papier lekki – z powodzeniem można zabrać czterysta stron Witkacego na przykład do pociągu albo na wakacje.
Cieszy mnie ta seria, w której książka i film okazują się sojusznikami. I niech tak zostanie – niech film wspiera literaturę, a literatura promuje dobre kino. Wszyscy na tym zyskamy.
Najpierw film, później powieść?

Kolumbijski noblista to literacka wielkość, jego niesamowita, wielowątkowa powieść stawia reżyserowi ogromne wymagania. Może podołałby im geniusz łączący w sobie cechy osobowości Bunuela, Pasoliniego i Felliniego. Wszyscy trzej już nie żyją, pewnie, dlatego zadowolić się musimy fabułą, którą ogląda się dobrze, ale zapomina najdalej po tygodniu.
Większe szanse dawano Pokucie – tym bardziej, że wcześniej z dużym powodzeniem przeniesiono na ekran inne powieści lana McEwana. Zwłaszcza Cementowy ogród w reżyserii Andrew Birkina z Charlotte Gainsbourgh w roli głównej zrobił świetne wrażenie.
Jednak Pokuta nie odniosła spodziewanego sukcesu, może, dlatego, że przegrała oscarową rywalizację z filmami zapewne mniej wybitnymi, ale lepiej promowanymi i bardziej pasującymi do amerykańskich wyobrażeń o ekranowych hitach.
Może zresztą jest tak, że powieść dobrze znana, istniejąca już w czytelniczej świadomości, zawsze trochę traci po przeniesieniu na ekran? I przyczynia się do tego nie tylko reżyserska poprawność. Czasem przeszkadzają nam akurat przeróbki i próby odczytania na nowo. Michelle Houellebecq najlepszym tego przykładem. Cząstki elementarne podbiły Europę, ale ich filmowa adaptacja okazała się niewypałem. Lepiej poszło twórcom ekranizacji Odkrycia nieba według obszernej powieści Muliischa.
Zdarza się jednak – i to coraz częściej – że dopiero film przynosi pisarzowi sławę. Bywa nawet i tak, że dopiero po premierze filmowej ukazuje się książka – sytuacja przed laty raczej niespotykana. Ponieważ na rynku jest zwykle trochę więcej książek w księgarniach niż filmów w kinach, wydawniczy sukces jest w zasięgu ręki.
Nie zawsze dorównuje mu entuzjazm czytelników, bo jednak po obejrzeniu filmu książkę czytaamy już z nieco mniejszym zainteresowaniem. Najpierw widziałem świetny film Goretty z niezrównaaną Isabelle Huppert, a dopiero potem przeczytałem powieść Pascala Laine Koronczarka, wyróżnioną wprawdzie prestiżową Nagrodą Goncourrtów i bez wątpienia zasługującą na uwagę, ale … Wspomniany już prozatorski debiut Eugenidesa nie dorównuje filmowemu dziełu Coppoli. Świetnie napisana proza dała punkt wyjścia filmowi bez wątpienia bardziej tajemniczemu i artystycznie wybitniejszemu. Podobnie z meksykańskimi Przepiórkami w płatkach róży, które wyreżyserował AIIfonso Arau na podstawie powieści Laury Esquival.
Adaptacja literatury w nowoczesnej formie

Z adaptacjami literatury najnowszej dzieją się rzeczy znacznie dziwniejsze. Tytuł to sprawa komercyjna. Jeśli odpowiada tytułowi bestsellerowej książki, to raczej się go nie zmienia. A gdy oryginałowi literackiemu trzeba dopomóc, to specjaliści od promocji wprowadzają zwykle taki zamęt, że widz nie ma często świadomości, że ogląda adaptację. Sławny, oscarowy i kasowy Lektor funkcjonował tu i ówdzie również jako Zaklinacz słów. Film Sofii Coppoli, w oryginale noszący tytuł Virgin Suicides wyświetlano u nas pod tytułem Przekleństwa niewinności, lecz powieść Jeffreya Eugenidesa wydano w polskim przekładzie jako Samobójczynie. Może jednak nic w tym dziwnego, bo pochodząca sprzed ćwierć wieku adaptacja Pałuby Irzykowskiego nazwana została Widziadło?
Choć większość arcydzieł literatury, nie wyłączając Boskiej Komedii Dantego, Dziadów Micckiewicza i W poszukiwaniu straconego czasu Marrcela Prousta, przeniesiono lepiej czy gorzej na ekran, twórcy filmowi wciąż spoglądają w stronę literatury. Zmienia się co najwyżej kryterium wyboru. Adaptowanie klasyki jest kosztowne i coraz bardziej ryzykowne. Pozostaje natomiast literatura współczesna jako ciągle żywe źródło inspiracji.
Kto dziś zyskuje na sojuszu kina i literatury, a kto traci?
Odłóżmy na bok adaptacje bestsellerów Grishaama czy Ludluma, ekranizacje rozmaitych czytadeł, romansów, sensacji. Największy bodaj bestseller ostatnich lat, Harry Potter pani Rowling pokazuje, że w walce o popularność literatura ciągle nie jest bez szans. Młodzi czytelnicy – niby sułtan wysłuchujący Szeherezady – tęsknią ciągle do zajmującej opowieści i upragnionego ciągu dalszego. Dzięki fantastycznej promocji tłumy zbierały się raczej w księgarniach niż w kinach, choć filmowa wersja przygód Pottera zrealizowana została perfekcyjnie.
Jednak techniczna doskonałość, dobry warsztat aktorski i narracyjna biegłość nie zawsze wystarczają, by powstało dzieło naprawdę wybitne, wpadające w pamięć widzów i krytyków. Myślę w tej chwili zwłaszcza o adaptacjach dwóch arcydzieł opublikowanych na przestrzeni minionego ćwierćwiecza. Miłość w czasach zarazy według powieści Marqueza skazana była chyba od razu na niepowodzenie
Adaptacje filmowe

Kiedy powstawały adaptacje Krzyżaków, Popiołów, Wesela czy Pana Wołodyjowskiego, kino wydawało się dla literatury niebezpieczną konkurencją. Oglądanie filmów miało odciągać młodych ludzi od czytania książek. Konserwatywni poloniści patrzyli krzywo na studentów zajmujących się filmoznawstwem. Potem przyszła epoka komercyjnej telewizji, seriali, internetu i okazało się, że wielcy przeciwnicy zmuszeni zostali do zawarcia czegoś w rodzaju zawieszenia broni. Na nowych warunkach, oczywiście, bo wszystko się przecież zmieniło. Literatura nie jest już jedyną strażniczką wartości, a film przestał być ubogim krewnym. Największe nawet arcydzieła można adaptować, przerabiać, uwspółcześniać, przeinaczać. Jeśli osiągnie się komercyjny sukces, w dodatku poparty kilkoma nagrodami, to reżyserowi nikt złego słowa nie powie. Może zamieniać bohaterów Szekspira w gangsterów albo skorumpowanych biznesmenów, pracowników wielkich korporacji. Każdy z tych żarłocznych rekinów finansowych może na ekranie wymachiwać pistoletem, nazywając go szpadą – zgodnie z tekstem dramatu. Liczy się coś innego – na przykład uroda aktorów, porywająca scenografia pełna efektów komputerowych, profesjonalne zdjęcia, wpadająca w ucho muzyka. Kiedy próbowałem porozmawiać ze studentami o adaptacji Pana Tadeusza, odpowiadali, że film im się podobał, bo Marek Kondrat jest „zabójczo przystojny”. Na rozmowę o odniesieniach do tekstu poematu nie mieli najmniejszej ochoty.
Tytuł to sprawa komercyjna
Ekranizacja przestała być bladym cieniem literackiego pomnika i to chyba dobrze. Przed laty nikt nie wyobrażał sobie, by wolno było zmieniać tytuł adaptowanej powieści – zwłaszcza jeśli należała ona do kanonu literackiej klasyki. Zamordowano by Jerzego Hoffmana, gdyby nazwał Potop – Wojną ze Szwedami. Ziemia obiecana nie mogła być – czy ja wiem? – Łódzką kroniką na przykład. Hamlet był Hamletem, a Makbet – co najwyżej Tragedią Makbeta. Jednak już u Greenawaya Burza przeobraziła się w Księgi Prospera. A potem też rozmaicie bywało.
Książki na ekranie

Minęły chyba bezpowrotnie czasy, gdy cała Polska dyskutowała zawzięcie, który aktor powinien dostać rolę Kmicica. Wyższy od Wołodyjowskiego, to pewne. Ale poza tym? Brunet czy blondyn? No i czy artysta, który zagrał poprzednio okrutnego Azję, może teraz wcielić się w postać jednego z najważniejszych bohaterów naszej literatury?
Wybuchały spory o Danuśkę, Oleńkę, o Izabelę Łącką. Wydawało się wówczas, że obsada aktorska to nie tylko reżyserski zamysł, lecz po prostu sprawa narodowa. Adaptowano wówczas głównie największych: Sienkiewicza, Prusa, Wyspiańskiego, Żeromskiego, nawet Mickiewicza, Słowackiego i Fredrę. Po dzieła literackie sięgali też najwięksi w naszym kinie: Ford, Wajda, Has, Kawalerowicz, Antczak, Hoffman. Oglądanie Krzyżaków, Wesela albo Ziemi obiecanej przypominało narodową pielgrzymkę. Szły do kina wycieczki szkolne i delegacje zakładów pracy, zgodnie podążał robotniczy aktyw i elity intelektualne. A po seansie kłócono się zażarcie: lepsza książka czy film? Wychodziło zwykle na to, że jednak książka. Pytano, dlaczego ekranizacje nie są równie dobre jak arcydzieła literatury – może to wina reżyserów, wykonawców, a może sztuki filmowej.
Co nam zostało z tych lat?
Ekranizacje prawie wszystkich wybitniejszych powieści i dramatów zrealizowano bardzo starannie, z rozmaitą inwencją, jednak zwykle na przyzwoitym poziomie. Trudno je zobaczyć w dzisiejszych kinowych gigantach, ale stanowią ciągle podstawę repertuaru publicznej telewizji – zwłaszcza podczas świąt narodowych, gdy nie wiadomo dokładnie, co wypada pokazywać.
Epoka wielkich adaptacji w naszym kinie chyba wygasła – Przedwiośnie, Pan Tadeusz, Zemsta, Quo vadis, Ogniem i mieczem to może już ostatnie jej akordy. Parę lat temu przetoczyła się dyskusja, co jeszcze warto sfilmować. Obiecujących pomysłów właściwie już nie było – tym bardziej, że każda większa produkcja filmowa to dziś skomplikowane przedsięwzięcie finansowe i reklamowe, a widza przyzwyczajonego do kina rozrywkowego nie zawsze łatwo zachęcić do literatury.